A A A

Opowiadanie pozakonkursowe: "Zimny Powiew"

 

 

ZIMNY POWIEW


   
Kwarantanna mnie dobijała. Zresztą mojego chłopaka także. Pomimo że przechodziliśmy przez to razem, nie było zbyt wiele do roboty. Siedzieliśmy ciągle w jednym miejscu i oglądaliśmy filmy, objadając się niezdrowym jedzeniem. Oprócz nudy czułam, że moja psychika coraz bardziej wariuje. Dobijał mnie fakt, że przez obżarstwo mogę być gruba, ale jednocześnie nie miałam ochoty na żadne ćwiczenia fizyczne. Rozmyślałam o tym całe dnie i ciągle wyzywałam siebie w myślach od najgorszych, a mimo to marazm mnie nie opuszczał. Pracowałam jako modelka, więc nie mogłam źle wyglądać i ciągle być w kiepskim nastroju. Postanowiliśmy więc, że wyjedziemy na wieś, aby na jakiś czas zamieszkać w małym domku po tydzień temu zmarłej siostrze mojej babci, niestety, jednej z ofiar pandemii. Nie znałam jej zbyt dobrze, więc wiedziałam, że nie będę tam siedzieć i rozpamiętywać wspólnie spędzonych chwil, a było to jedyne miejsce, gdzie mogłam złapać trochę świeżego powietrza i mieć chociaż namiastkę prawdziwego życia. Na początku Marcin był nieco sceptycznie nastawiony do tego pomysłu, ale w końcu, po moich namowach, zgodził się. Zadzwoniłam do babci i poprosiłam o zgodę. Na początku była trochę zła, że mam zamiar "odpoczywać" w miejscu, gdzie niedawno mieszkała bliska jej osoba, ale gdy obiecałam, że posprzątam mieszkanie i wyrzucę wszystkie niepotrzebne rzeczy, aby przygotować domek na sprzedaż, w końcu udało mi się ją przekonać. Okazało się, że chatka znajduje się naprawdę daleko od mojego miasta i najprawdopodobniej jest tam bardzo słaby zasięg telefonii komórkowej, a już na pewno nie ma wi-fi. Nie przeszkadzało mi to zupełnie. Już ogłosiłam na moich mediach społecznościowych, że mnie nie będzie, więc nie potrzebowałam dostępu do Internetu. Kiedy wszystko było załatwione, spakowaliśmy się i wsiedliśmy do samochodu. Szybko wpisałam lokalizację w GPS i ruszyliśmy. Jechaliśmy długo i większość drogi przespałam. Obudził mnie głos Marcina:
   
- Ola, wstawaj! Szybko!
   
Otworzyłam oczy i nieprzytomnie rozejrzałam się po okolicy. Była już 21.00, więc za oknem panowała ciemność. Samochód stał na środku leśnej drogi. Światła były zgaszone, a GPS ciągle mówił: Skręć w lewo, skręć w lewo, skręć w lewo...

- Co jest? - zapytałam zdumiona.

- GPS się zaciął. Może stracił zasięg... Na dodatek wygląda na to, że samochód się zepsuł. Stanął nagle, dokładnie wtedy, gdy nawigacja zaczęła wariować i nie chce odpalić. Przeszły mnie ciarki. Strasznie bałam się ciemności i nie uśmiechało mi się spędzenie całej nocy na tym mrocznym, pozbawionym latarni ulicznych kawałku leśnej drogi.

- Ile jeszcze zostało nam do celu? - zapytałam próbując zachować spokój.

- Jakieś... Dwadzieścia minut jazdy. Nie przejdziemy tego pieszo. Nie ma szans. Musimy tutaj poczekać do rana. Potem się coś wymyśli...

- Może da się to jakoś naprawić. Sprawdź chociaż, co się zepsuło - powiedziałam przecierając oczy.

- Już to zrobiłem. Wygląda na to, że wszystko powinno działać. Nie mam pojęcia, dlaczego nie odpala.
   
Po tych słowach spróbował bezskutecznie uruchomić silnik.  Nawet światła się nie zapalały.

- Może brakuje paliwa... – zasugerowałam.

- To niemożliwe, tankowałem przed wyjazdem. Byłem nawet niedawno u mechanika na przeglądzie i wszystko było w porządku.

- Dziwne...
   
Po tej krótkiej wymianie zdań postanowiliśmy, że zepchniemy samochód na pobocze, które na szczęście było dosyć szerokie, i położymy się spać na tylnych fotelach. Wyszliśmy więc z auta i zaczęliśmy pchać. Samochód był ciężki z powodu ogromnej ilości rzeczy, które wzięliśmy ze sobą, ale w końcu udało nam się zepchnąć go na tyle, aby żaden kierowca w niego nie wjechał. Zmęczona oparłam się o auto i popatrzyłam w stronę lasu. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że było mi bardzo zimno, mimo że ten dzień był naprawdę ciepły i tak szybkie ochłodzenie było praktycznie niemożliwe.

- Marcin, tobie też tak zimno? – zapytałam.

- Tak, wejdźmy do samochodu. Jak jeszcze działał, włączyłem na chwilę ogrzewanie, więc powinno być lepiej niż tutaj.
   
Z prędkością światła weszłam do samochodu i położyłam się na tylnych fotelach. Marcin wyciągnął z bagażnika koce i opuścił oparcie jednego z przednich siedzeń, na którym postanowił spędzić noc. Zasnął natychmiast. Musiał być okropnie zmęczony kilkugodzinnym czuwaniem za kierownicą. Zawsze lubiłam patrzeć na niego, gdy śpi. Wyglądał wtedy tak niewinnie i słodko. Jednak tym razem nie miałam na to ochoty. Dziwnie się czułam. Wydawało mi się, że ktoś mnie obserwuje i powoli wnika w mój umysł, aby móc odczytać każdą myśl. Ogrzewanie oczywiście nie działało, jednak mimo to byłam pewna, że niemożliwe jest, aby tak szybko wnętrze auta się ochładzało. Mimo ciepłego koca miałam gęsią skórkę i czułam się jak w ogromnej, lodowej kuli. Nagle światło w samochodzie się zapaliło, a po kilku sekundach zgasło. Zamarłam. Nie mogłam sobie logicznie wytłumaczyć, dlaczego to się wydarzyło. Pewne było za to, że już nie zasnę. Zaczęłam się trząść. Nie wiedziałam, czy to z zimna, czy ze strachu. Starałam się uspokoić myślą, że na pewno mam zwidy, ale to niewiele dało. Po chwili kątem oka dostrzegłam przemykający za szybą cień i usłyszałam trzask łamanych gałęzi. Miarka się przebrała. Strach zaczął coraz bardziej dawać o sobie znać i wszystkie scenariusze logicznych wytłumaczeń tego, co widziałam i słyszałam, brzmiały niedorzecznie. Postanowiłam obudzić mojego chłopaka. Jeśli to było jedynie wytworem mojej bujnej wyobraźni, on powinien nie czuć zimna, nie słyszeć żadnych trzasków i nie widzieć zjaw.

- Marcin... wstawaj. Tu się dzieje coś dziwnego... – mówiłam kopiąc fotel, na którym leżał.

- Olcia... Co znowu... – zaczął, po czym zamilkł, wpatrując się w okno z miną jakby zobaczył ducha.
   
Po tych słowach bez żadnych wyjaśnień przeskoczył na fotel kierowcy i przekręcił kluczyk. Samochód chwilę pocharczał, po czym zapalił. Marcin wcisnął mocno gaz i ruszyliśmy z piskiem opon. Z zaskoczenia nie mogłam wydusić z siebie ani jednego słowa. Jechaliśmy zdecydowanie za szybko, ale w tym momencie nie miało to znaczenia, byle dalej od tego miejsca. Czułam, że powietrze rzednie i robi się coraz cieplej. Uczucie bycia pod obserwacją także zniknęło. Po chwili mój chłopak zapytał:

- Ty też to widziałaś?

- Chyba tak... – zaczęłam – Na początku światło się zapaliło i zgasło, a potem zobaczyłam za oknem cień i usłyszałam chrzęst łamanych gałęzi.

- Tam była kobieta, cała ubrana na biało. Widziałem, jak odchodzi w stronę lasu. Musiała być wcześniej obok auta.
   
Przeszły mnie ciarki. Zastanawiałam się, co ta kobieta mogła robić w lesie, tak daleko od jakiejkolwiek miejscowości. Nigdy nie wierzyłam w duchy, ale teraz naprawdę nie byłam pewna czy to, co widzieliśmy, było człowiekiem.

- Myślisz, że to duch? – zapytałam.

- Duchy nie istnieją. Ktoś musiał sobie robić z nas żarty – stwierdził Marcin.

- A to światło?

- Może coś się odblokowało i właśnie dlatego samochód ruszył -  zasugerował. - Ale zobacz. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Gdyby nie ten „duch", spędzilibyśmy całą noc w lesie, nie wiedząc, że auto już działa i możemy spokojnie dojechać – dodał z uśmiechem.
   
Miał rację. Postanowiłam się odprężyć i poczekać, aż dojedziemy na miejsce. Na myśl o ciepłym, równym łóżku od razu robiło mi się lepiej. Udało nam się nawet złapać zasięg, więc dzięki GPS wiedzieliśmy, że jedziemy w dobrym kierunku. Byłam pewna, że to już koniec przygód i czeka nas spokojny, pełen romantycznych chwil pod gołym niebem, pobyt na wsi...
   
Po około 20 minutach byliśmy na miejscu. Chatka babci ciotecznej była bardzo mała i zdecydowanie wymagała remontu, ale wyglądała na przytulną. Zauważyłam, że oprócz domku nie było tam żadnych zabudowań. Dookoła tylko las, nie licząc małego, zarośniętego chwastami trawniczka po prawo od chatki. Z jednej strony pasowało mi to bardzo, bo ceniłam sobie prywatność, ale z drugiej, zważając na to, co się wydarzyło kilkadziesiąt minut temu, czułam się niekomfortowo z myślą, że w razie potrzeby nikt nie może nam pomóc.

Zaparkowaliśmy samochód na podjeździe i udałam się do małej stodoły po klucz do drzwi. Babcia powiedziała mi, że schowała go pod wiadrem stojącym przy wejściu. Było ciemno, ale udało mi się go wymacać. Zamknęłam za sobą drzwi i już miałam udać się do wejścia, gdy nagle usłyszałam za sobą szelest. To tylko zwierzę, Ola, uspokój się, to tylko zwierzę – myślałam, starając się nie odwracać za siebie. Szybkim krokiem udałam się w stronę podjazdu. Zauważyłam, że Marcin stoi już pod drzwiami i czeka na mnie. Od razu przekręciłam klucz w zamku i drzwi, skrzypiąc, otworzyły się przed nami ukazując ogromny nieład panujący w środku. W tym momencie pożałowałam, że obiecałam babci posprzątać ten bałagan. Nie wiedziałam, na co się porywam. Marcin zauważył moją minę i stwierdził:

- Nie martw się, pomogę ci to ogarnąć. Ładnie wszystko wysprzątamy, a potem będziemy chłonąć uroki natury.
   
Przytuliliśmy się, a Marcin mnie pocałował. Cieszyłam się, że go mam. Zawsze potrafił wprawić mnie w dobry nastrój. Szybko wnieśliśmy nasze bagaże, zjedliśmy kanapki, które przygotowałam przed wyjazdem, i poszliśmy w stronę sypialni. Ogromne łóżko małżeńskie wyglądało, jakby na nas czekało. Umyliśmy się, przebraliśmy w piżamy i położyliśmy się do łóżka. Nie byłam śpiąca, więc gdy mój chłopak zasnął, wyjęłam telefon, by sprawdzić, czy jest zasięg. Miałam nadzieję, że uda się coś złapać, aby chociażby napisać do babci, że szczęśliwie dotarliśmy na miejsce. Wskoczyła jedna kreska. Byłam szczęśliwa, bo udało mi się nawet uruchomić Instagram i poinformować moich obserwatorów o wyjeździe na wieś. Opisałam także tę dziwną sytuację z kobietą ubraną na biało. Większość znajomych była do wszystkiego nastawiona sceptycznie. Czytając komentarze, utwierdziłam się w przekonaniu, że rzeczywiście ktoś chciał nas po prostu nastraszyć. Uspokojona zasnęłam wtulając się w Marcina. Niestety nie spałam długo. Obudziłam się w środku nocy. Byłam pewna, że to przez to, że wyspałam się w dzień. Wzięłam telefon w dłoń i sprawdziłam godzinę. Była 3.00. Wiedziałam, że jest to godzina duchów, więc od razu stanęły mi przed oczami wydarzenia minionego dnia. To tylko głupie przesądy, przestań o tym myśleć - nakazałam mojemu umysłowi, po czym postanowiłam poczytać wiadomości na Instagramie, aby się nieco wyluzować. Niestety zasięg zanikł. Sfrustrowana włączyłam pierwszą lepszą gierkę i zaczęłam grać. Była to łamigłówka z układaniem słów z podanych liter. Pierwsze wyszło “pomoc”, drugie “śmierć”, trzecie “popatrzeć”, a czwarte “okno”. Kiedy uświadomiłam sobie, co to może znaczyć, przeszedł przeze mnie zimny dreszcz. Wyłączyłam natychmiast telefon i odłożyłam na szafkę nocną. Ze wszystkich sił starałam się nie spojrzeć w stronę okna, ale w końcu ciekawość wzięła górę. Powoli skierowałam wzrok w tamtą stronę. Nic nie zobaczyłam. Przez drzewa przedzierał się jedynie blask księżyca, a gałęzie poruszały się delikatnie pod wpływem wiatru. Ulżyło mi i już miałam uznać, że to zwykły zbieg okoliczności, gdy nagle poczułam, że mój policzek musnął delikatny podmuch lodowatego wiatru, a w pomieszczeniu nagle zrobiło się bardzo zimno. Zaczyna się - pomyślałam. Byłam pewna, że zaraz ta dziwna kobieta pojawi się za oknem, a może nawet bliżej... Zimno było tak dokuczliwe, że musiałam schować ręce pod kołdrę i nasunąć ją po sam czubek nosa. Nawet to niewiele pomogło i nadal miałam gęsią skórkę, a moje dłonie były zimne jak lód. Wpatrywałam się w okno mocno chcąc wierzyć, że ta cała sytuacja jest jedynie tworem mojej wyobraźni lub przeziębienia. W końcu dostrzegłam ją. Nadchodziła od strony lasu i im bliżej była, tym większy chłód i niepokój odczuwałam. Chciałam nakryć się kołdrą i nie patrzeć na nią, ale powstrzymałam się, bo musiałam zobaczyć ją z bliska i przekonać się kto to jest, czy to może moja babcia cioteczna... Nagle postać zniknęła, jednak uczucie zimna i niepewności pozostało. Po kilku sekundach kobieta pojawiła się tuż za szybą. Stało się to tak nagle, że chciałam krzyknąć, ale nie zdołałam wydobyć z siebie żadnego głosu. Leżałam sparaliżowana strachem. Zjawa nie była człowiekiem. Sylwetka kobiety była lekko przeźroczysta, a jej oczy miały kolor głębokiej czerni. Patrzyła na mnie przenikliwie i poruszała ustami, jakby chciała mi coś powiedzieć, ale nie mogła. Zadziwiający był jednak brak podobieństwa do mojej babci ciotecznej. Postać wydawała się młodsza, a jej rysy twarzy nie przypominały żadnego ze znanych mi członków mojej rodziny. Tysiące myśli kłębiło mi się w głowie. Może to demon, który chce mną zawładnąć... Może to wcale nie jest duch człowieka... Może one faktycznie nie istnieją, a w taki sposób ma możliwość nam się ukazywać tylko zło... - myślałam ze zgrozą. Takie przypuszczenia były wystarczającym powodem, aby odwrócić wzrok od zjawy. Zaczęłam się więc ślepo wpatrywać w szafę po drugiej stronie pokoju. Nadal czułam obecność widma, ale było lepiej. Powoli odzyskiwałam czucie w kończynach i wreszcie mogłam wyładować moje emocje płaczem. Z przerażeniem poczułam, że łzy zamarzają mi na policzkach. Zastanawiałam się, jakim cudem Marcin jeszcze śpi; Czy jego sen naprawdę jest taki silny, że spadek temperatury do wartości ujemnych nie jest w stanie go obudzić? Nagle wszystko stopniało. Moje łzy natychmiast pociekły równym strumieniem, a w pokoju w ciągu sekundy temperatura wzrosła do około 20 stopni Celsjusza. Czułam się bardzo dziwnie. Dokładnie tak, jakbym pozbyła się jakiegoś ciężaru. Drżącymi rękoma podniosłam telefon i odczytałam godzinę. Była 4.00. Mimo wczesnej pory postanowiłam nie zwlekać. Potrząsnęłam Marcinem i nakazałam mu szybko wstawać. Nie ruszał się. Zrzuciłam go więc na podłogę. Dalej to samo. W moich oczach znów pojawiły się łzy, ale tym razem były to łzy wściekłości. To już przesada. Dobrze, niech mnie nęka, nawet niech mnie zabije, ale nie jego -  myślałam. Na szczęście po chwili leżenia na ziemi Marcin otworzył oczy i spojrzał na mnie zdziwiony.

- Czemu ja leżę na podłodze? - zapytał zdezorientowany.
   
Po chwili zauważył, w jakim jestem stanie i porzucając chęć usłyszenia odpowiedzi na to pytanie, szybko podszedł do mnie, przytulił, a potem zapytał:

- Ola, wyglądasz jakbyś przed chwilą przeżyła piekło. Co się stało?

- Ona znowu tu była... - stwierdziłam, po czym opowiedziałam mu wszystko, co się wydarzyło tej nocy.

- Jeśli to prawda, musimy się stąd jak najszybciej wynieść. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale ja sam, od momentu wejścia do tego domu, czuję się obserwowany. Jak złapię zasięg, poszukam w Internecie domków na wynajem. Może wreszcie uda nam się spędzić ten czas w spokoju...
   
Przyznałam mu rację. To było najrozsądniejsze rozwiązanie. Poszłam więc w stronę drzwi, aby zaparzyć sobie herbatę na rozgrzanie, a Marcin zaczął szukać zasięgu. Kiedy zbliżyłam się do wyjścia z pokoju i już miałam przestąpić próg, drzwi zatrzasnęły się tuż przed moim nosem. Lekko mnie to zaniepokoiło, ale stwierdziłam, że to przeciąg, bo wydawało mi się, że zostawiłam otwarte okno w kuchni. Szarpnęłam więc za klamkę. Drzwi były zamknięte.

- Chyba się zatrzasnęły... - stwierdziłam niepewnie.
   
Marcin odłożył telefon i próbował mi pomóc, ale bez rezultatu. Chcieliśmy więc wydostać się przez okno, ale miało blokadę na kluczyk i było zamknięte. Sytuacja stawała się coraz bardziej beznadziejna. Zaczęłam wątpić w to, że drzwi zamknął przeciąg. Ale... przecież we wszystkich filmach duchy chcą wykurzyć nieproszonych gości z ich mieszkania, a nie ich tam zamykać. To niedorzeczne... - myślałam. Nagle od strony okna odezwał się głos młodej, zachrypniętej kobiety:

- Nie wyjdziecie, dopóki mi nie pomożecie!
   
Oniemieliśmy. Nikogo za oknem nie było. Usiadłam na podłodze i oparłam głowę o ścianę. Było mi okropnie słabo. Bałam się, że zemdleję. W zasadzie to było mi już wszytko jedno. Głos odezwał się ponownie:

- Pani Alina zajmowała się sprowadzaniem ludzi z przyszłości. Jestem jedną z nich. Była dla nas przejściem do tego świata. Umarła, a ja zostałam skazana na przebywanie tutaj. Musicie mnie odesłać!

- J-jacy ludzie z-z przyszłości? – zapytałam jąkając się. Nigdy nie słyszałam o tym, aby moja babcia cioteczna zajmowała się takimi rzeczami. Ale... Ach... No tak, ja jej prawie nie znałam... – myślałam.

- Właśnie, nie znałaś jej - odpowiedział głos
   
Wzdrygnęłam się. Zjawa czytała w moich myślach.

- Skąd wiesz, o czym myślę!? – zapytałam, starając się ukryć zażenowanie i niepokój pod maską odważnej, nie dającej sobą pomiatać kobiety.

- Jestem tu tylko duchem, więc myśli innych są mi bliskie tak samo jak ich słowa. A teraz róbcie, co każę!

- A co się stanie, jeśli tego nie zrobimy? - zapytał Marcin udawanym, rezolutnym tonem.

- Zostaniecie tu na zawsze i umrzecie z głodu, a uwierzcie, to jest najgorsza śmierć.
   
Ta kobieta nie musiała mi o tym mówić. Dobrze wiedziałam, że ból powodowany głodem jest cięższy niż jakikolwiek inny, bo człowiek nie jest w stanie się do niego przyzwyczaić. Musieliśmy się zgodzić na te warunki.

- Co mamy robić? – zapytałam.

- W tej szafie są wszystkie potrzebne rzeczy. Najpierw postaw na oknie świeczkę, potem ją zapal. Następnie powiedz słowa: “wraz z moją energią, wracaj tam, skąd przybyłaś”. Jak już to zrobisz, ukłuj się igłą w palec i spraw, aby kropla krwi wpadła w roztopiony wosk.
   
Trzęsącymi się rękoma otworzyłam starą, drewnianą szafę. Rzeczywiście. Zjawa miała rację. Wyjęłam świecę, postawiłam ją na parapecie, a potem zapaliłam za pomocą znalezionych na górnej półce zapałek. Wzięłam igłę w dłoń i powtórzyłam słowa: “wraz z moją energią wracaj tam, skąd przybyłaś”, po czym przekłułam palec i wycisnęłam kroplę krwi, która po chwili rozpłynęła się w gorącym wosku świeczki.

- Dziękuję, droga jest wolna. Czy ty albo ten mężczyzna macie jakieś pytanie do mnie na temat możliwej przyszłości? Znam wiele ścieżek czasu i chciałabym się Wam jakoś odwdzięczyć...
   
Już miałam podziękować za tą wątpliwą “rozrywkę”, ale nie zdążyłam tego zrobić, ponieważ Marcin zadał pytanie:

- Kiedy skończy się ta pandemia koronawirusa i ile osób zginie?
   
Byłam pod wrażeniem błyskotliwości Marcina. Nie wpadłabym na to, aby pytać o tę pandemię. Przez te wszystkie wydarzenia całkiem o niej zapomniałam.

- To nie jest przesądzone. Trzeba spełnić dwa warunki, przewartościować swoje priorytety – nie tylko konsumpcja i używanie, ale CZŁOWIEK musi być najważniejszy, także ten słaby, stary i chory. Drugi warunek: ludzie będą przestrzegać higieny, kwarantanny i wszystkich ustalonych zasad. Jeśli tak się stanie – pandemia odejdzie, jeśli nie – wasz gatunek zostanie zdziesiątkowany... To dwie możliwości przyszłości i tylko od was zależy, która się ziści. Ja pochodzę ze świata, w którym ludzie się zmienili oraz przestrzegali restrykcji, ale widziałam ten drugi świat i nie chciałabym się tam znaleźć... Pamiętajcie, przyszłość będzie taka, jaką sami zbudujecie. A teraz żegnajcie!
   
Po tych słowach świeczka samoistnie zgasła, a przed moimi oczami pojawiły się czarne punkciki, które ciągle się mnożyły, aż w końcu zakryły całe pole widzenia. Zemdlałam. Obudziłam się na kolanach Marcina.

- Wszystko w porządku? - zapytał zmartwiony.

- Chyba tak. - powiedziałam wydając.
   
Od razu podeszłam do drzwi, pociągnęłam za klamkę i... okazało się, że są otwarte. Oboje odetchnęliśmy z ulgą. Szybko poszliśmy zaparzyć sobie herbatę i zrobić śniadanie. Nie było szans na to, abyśmy położyli się spać dalej. Dalsza część naszego pobytu w domku na wsi przebiegła bez większych komplikacji. Trochę posprzątaliśmy, a potem było dokładnie tak, jak to sobie wyobrażałam. W chatce panowała bardzo przyjemna atmosfera i udało nam się porządnie odpocząć. Wspólnie uzgodniliśmy, że nasza historia nie zostanie opublikowana na żadnym z moich mediów społecznościowych. Wiedzieliśmy, że ludzie i tak nam nie uwierzą i postanowiliśmy pozostawić ją dla siebie. Zaangażowaliśmy się natomiast w pomoc innym i propagowanie jej wśród ludzi, na co kiedyś nigdy nie mogłam znaleźć ani chwili, a co teraz przychodziło z łatwością. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że nasza niezwykła przygoda to jakiś niedorzeczny sen i sama chyba przestaję wierzyć, że to wszystko zdarzyło się naprawdę. A może to po prostu efekt przedawkowania żelków-misiów, które w kilogramach pożeraliśmy podczas kwarantanny? Któż wie... Jednak jedno pozostanie zawsze prawdą: jeśli będziemy przekładać wygodnictwo, egoizm i pieniądz nad drugiego człowieka i nie podporządkujemy się restrykcjom dotyczącym pandemii, nasze życie może zamienić się w koszmar, który nie ma dobrego zakończenia.



SÓWKA