A A A

Raport z zagrożonego Miasta. Opowiadanie: "Pleksa"

PLEKSA



Na cholerę te światła! Pusto na ulicach, mógłbym przejechać na czerwonym, czekam jednak na lewoskręcie. Spod Obi wyjeżdża w Wernera radiowóz. Przyglądają mi się uważnie. Odwzajemniam się łakomym łypnięciem na przezroczystą przegrodę w policyjnym aucie. Nadałaby się.

- Czyli co teraz robisz? – Grześ odpytuje mnie na okoliczność aktywności w czasach zarazy.

- Teoretycznie, odkąd szkoły zamknięte, siedzę w domu.

- Ja też, ale działam. Home Office – Grzegorz jest wziętym agentem ubezpieczeniowym, ze specjalizacją w polisach komunikacyjnych. – Ty też mógłbyś pracować zdalnie, tak?

- Mamy postojowe, uruchamiamy system kształcenia zdalnego.

- To przecież możesz uczyć prywatnie hiszpańskiego, tak?

- Włoskiego – poprawiam, choć to teraz jeden czort. Zachodnia Europa i ich języki to siedlisko epidemii. Dobrymi radami irytuje mnie kolega z liceum, z którym od roku bezskutecznie umawiamy się na piwo. Teraz to musi poczekać, tak jak moje pytanie, którego zadawać nienawidzę, na sposobny moment. Patrzę tępo na maseczkę.
– Znasz kogoś, kto chce się teraz uczyć Italiano? Dlatego wziąłem fuchę i dorabiam. Capisci?

-Si, si  – załapał -  ale przecież twoja kobieta sukcesu jest nieźle nadziana, tak? Salon piękności, kanapy, lśniące luksusy – indaguje dalej. Tłumaczę cierpliwie:

- Wszystkie oszczędności poszły w lokal, a ja odpracowuję u stolarza świecącą zabudowę.

Marcin, dostawca wyposażenia, cisnął na zapłatę zaległych faktur, tym bardziej, że sam już miał długi. Galeria handlowa zamówione meble przyjęła, ale nie zapłaciła, a mikroprzedsiębiorcę duszą terminy u dostawców. Jeszcze jego dwóch ludzi poszło na zwolnienia, bo nie będą się narażać. Takie życie.

- I co robisz? Heblujesz?

- Pleksy szukam. W Castoramie wyszła, właśnie wchodzę do Obi.

Poprawiłem szalik "Radomiaka" zaciągając go pod same oczy, maseczka została w aucie. Noszę coś, aby ochronić gardło. W mojej krtani wciąż gości chrypa wywołana zimnym piwem, wypitym miesiąc temu na stoku narciarskim. Brakuje mi do szczęścia, abym rozchorował się i dostał szlaban na podejrzenie wirusa.

Pchnąłem wózek przez rozsunięte drzwi, ochroniarz przygląda się zasłonie na mojej twarzy, jakby nie podobały mu się barwy klubowe. Każę Grzesiowi zaczekać i pytam pracownika w informacji, pukając mu przed oczami w przezroczysty plastik, gdzie dostanę taki sam. Mówi, że chyba się skończył, „ale może pan sprawdzić”. Pan idzie we wskazanym kierunku.

Zamówień było masę, wszystkie sklepy potrzebowały „na cito” ochrony dla obawiających się o swoje zdrowie sprzedawców. Zrobiliśmy stelaże, tylko wypełnienia brakowało.

– Słuchaj, mam prośbę – nie mogłem czekać dłużej na dogodny moment – potrzeba mi parę groszy pożyczyć. Aneta złożyła wniosek o pomoc z „Tarczy”, ale pensje powinniśmy wypłacić już.

Przedłużająca się cisza była wystarczającą odpowiedzią.

- Wiesz, u mnie teraz krucho. Nikt nie kupuje nowych aut, nie ubezpiecza…

O nagminnym pozbywaniu się używanych też nie słyszałem.

- Ale jakbyś czego potrzebował, to dzwoń śmiało. Działam na fejsie. „Widzialna Ręka”, słyszałeś o nas?

Kto nie słyszał? Aneta przekształciła salon w szwalnię, dziergała z dziewczynami maseczki dla szpitali.

- Doradzam, komentuje. Wiesz, każda pomoc jest potrzebna. – Grzesio lajkował sam sobie. - A właśnie, byłbym zapomniał – kończy ci się polisa…

Jego głos ucieka i ląduje na podłodze.

- Et ty, stój no …- Zatrzymuje mnie za ramię silna łapa. Ochroniarska.

Podnoszę cały telefon i uszkodzoną dumę.

- O co chodzi? – pytam władzy terenowej.

- Gdzie idziesz? – dryblas mówi do mnie, ale rozgląda się na boki. Założył i maseczkę i przyłbicę, i rękawice ma podobne do spawalniczych.

- Po kilo gwoździ – odwracam się od rozmówcy, a ten wykręca mi rękę. Teraz widzę, kogo szukał wzrokiem. Od strony drugiego wejścia zbliża się prawdziwy mundurowy, a kolejnego ochroniarza, zgięty wpół, widzę na wprost.
Naruszyłem godziny dla seniorów?

Nagłe olśnienie: przecież ja tu jestem nielegalnie. Marcin miał mi dać umowę zlecenie, ale ciągle nie było czasu. Tak, to na pewno ZUS zaczął wyłapywać szarą strefę, bo wpływy do budżetu dramatycznie maleją.
Mam ochotę krzyknąć na głos „Konstytucja”, niech sobotni, nieliczni klienci przyglądający się obławie widzą, jak gwałcona jest nietykalność. Jakiś człowiek wszystko nagrywa. Prowadzony wąskim korytarzem na zaplecze marketu układam plan zemsty.

Zgnoić człowieka można na milion sposobów, ale jak nie można tego uzasadnić, to używamy grzecznego, wszystko wyjaśniającego manewru.

- Przepraszamy pana za zaistniałą sytuację – posterunkowy po przestudiowaniu oddaje mi dowód. – Uciekł nam człowiek z kwarantanny, podobny do pana, w szaliku. Przebiegł przez park i tu go zgubiliśmy.

Tak, sytuacja sama sobie wykwitła i oto radośnie zaistniała. Ochroniarz ogląda paznokcie, ale zapomniał zdjąć rękawiczki. Całe zamieszanie przez biało-zielony szalik; choć meczy nie ma od kilku tygodni i kibolskich zadym brak.

Wstaję z wygodnego fotela, pewnie głównego szefa tego biznesu i nie kupiwszy wytęsknionej pleksy wracam do domu.

***

- Co tam grzebiesz? – dopytuje Aneta, słysząc w słuchawce rumor aluminium i plastiku.
Majstruję przy starym brodziku. Dobrze, że nie widzi pokoju, przemienionego na warsztat. 

- Pleksa mi potrzebna.

- Przestań wreszcie zbierać śmieci, do garażu nie można wejść.

Będzie zła, jak to zobaczy, ale opłacało się. Pierwszorzędny materiał, na zabudowy do kilku sklepów. Opłacało się machać ściągaczką do wody przez parę lat, kamień nie oszpecił ścianek, zanim żona zdecydowała, że temu brodzikowi już podziękujemy.

Naszą rozkoszną konwersację przerwał dzwonek. Oko od długiego wpatrywania przykleiło mi się do wizjera, ale dwie zjawy przed drzwiami nie znikały. Jak Boga kocham, Ghostbusters. Mniejsza w białym kombinezonie i goglach, większy osobnik lansował się w święcącym skafandrze z podboju Marsa i krzyżówce skoroszytu z rondlem umieszczonym na głowie. Odwołali disco w stylu lat osiemdziesiątych w Amfiteatrze i łażą teraz cudaki po mieście. Otworzyłem, bo może pomocy potrzebują.

- Pan Mikołaj Wanat?

- Do usług.

- Jesteśmy z Sanepidu – przedstawiła się kobieta, a cudak kiwnął segregatorem na głowie. Sądząc po kolorowych nogawkach, wystających spod celofanu na nogach, warstw ochraniających przed radomskim powietrzem, mógł mieć na sobie z osiem.

- Ja jestem z Godowa. Mamy tu najczystszą wodę w mieście.

- Był pan dziś w Obi, prawda? – pani przemówiła w zupełnie innym temacie.

- Tak,  godzinę temu – cofnąłem się. Znowu przemoc?

- U kierownika sklepu wykryto koronawirusa, wszyscy, z którymi się stykał muszą teraz pozostać na kwarantannie.

- Ale ja z nim … - zacząłem niepewnie, charcząc przeziębionym gardłem, przysiągłbym, że nie znam człowieka. – To od zimnego piwa. – szybko dodałem.

- Przebywał pan w jego biurze. Proszę nas wpuścić, musimy przeprowadzić wywiad.  

Weszli za mną do pokoju. Na zdziwiony wzrok kobiety i westchnięcia przy próbach omijania porozkładanych akcesoriów brodzika wzruszyłem ramionami.

- Klatkę sobie właśnie szykuję – wyjaśniłem.

Zaczęliśmy przesłuchanie, z kim, i gdzie, i jak długo.

- Z żoną zazwyczaj, i w pozycji na …

- Pan sobie nie żartuje. Właśnie, a gdzie żona?

- U mamusi.

- U pańskiej? – zapytała, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie dla śledztwa.

- Moja to matka. U swojej.

- Zbliża… - kobieta chrząknęła i spuściła wzrok - kontaktowaliście się po pana powrocie z marketu?

Miałem ochotę dorzucić pikanterii, ale moje akcje dramatycznie leciały w dół.

- Telefonicznie.

Wyrok brzmiał: dwa tygodnie. Bez zawieszenia, prezydent nie skorzystał z prawa łaski. Wykonalność: natychmiast.

- Będzie pan podawany kontroli, czy jest pan w domu- funkcjonariuszka Sanepidu podała mi formularz do autoryzacji.

- Będę wam machał z okna.

- A żeby pan wiedział – zarechotała pierwszy raz ludzkim głosem mumia. Idąc tropem biurowym, podejrzewałem, że modulator głosu miał zrobiony ze zszywacza.

Nie odprowadziłem gości do drzwi. Nastawiłem wodę na kawę, rozejrzałem się po pokoju i uprzątnąłem reszki łazienkowego bałaganu. Dekoracje wielkanocne i pachnące „świcuski” grzecznie wędrujące do pawlacza,  zostały zastąpione przez laptop, płyty i książki. I trzy pudełka puzzli, od dawna czekających na rozdziewiczenie. Fotel stanął w nieprzepisowej bliskości do telewizora, a przed nim stolik. Została tylko jedna rzecz do zrobienia. Zajrzałem do barku i wybrałem numer z listy ostatnich połączeń.

- Grzesiu? Mówiłeś, żeby dzwonić jak będę w potrzebie. Masz coś do pisania?



HAKUNA MATATA